Kategorie

  • Brak kategorii

Epilog czy Prolog?…czyli jeszcze blog nie zginal poki ja zyje

Czasami odnosze wrazenie, ze ten blog jest jak moj zapasowy embrion:) Utrzymuje go przy zyciu juz od siedmiu lat i robie to wrecz mechanicznie, czasami panicznie rzucam sie do kompa kiedy tylko przypomni mi sie ze gdzies tam w sieci wisi sobie esensja z dobrych pieciu lat mojego zycia i zeby nie bylo – esensja gorzko-slodka – czyli ta najlepsza, ktora chce tam zatrzymac.

Rok temu zrobilam kopie, kiedy zdalam sobie sprawe, ze w kazdej chwili moze to wszystko przepasc w cybernetycznej nicosci. Jak juz to zapisalam na dysku to oczywiscie zaczelam czytac, haha! to bylo zycie!:) takie co sie ostro toczylo:) Wyslalam pare kawalkow do Agi, zeby jej przypomniec pare odjazdowych momentow, po tym nam sie zebralo na wspomnienia i rechotalysmy sie do poznej nocy…podliczajac facetow!;PPP biorac pod uwage, ze to co jest na blogu to jedynie jakas polowa calosci, sama sie sobie dziwie jak ja to wszystko ogarnialam i z siebie tam wylewalam. Mlodosc czyni cuda;) Teraz ledwo mam czas na maile, co dopiero na bloga, a kosmos mi swiadkiem, ze sto razy na miesiac chce usiasc i pisac! Tymczasem albo pracuje albo spie albo imprezuje albo… lecze kaca, po ktorym nie mam sil na jakiekolwiek pisanie! zalosna ja!:/ Teoretycznie nic sie nie zmienilo – nadal taka sama szalona choc lekko stonowana;P lecz wciaz nieustatkowana (jakby to moja szanowna rodzinka ujela) haha:)))

A w zyciu moim wciaz sie dzieje, oj dzieje:) ale ostatni rok byl dla mnie chyba najtrudniejszy „full of pulapkas and zasadzkas”:D plus hustawka emocjonalna, do tego stopnia, ze nie potrafilam niczego w slowa ubrac, nie mowiac juz o przelewaniu na bloga… Myslam, ze jak ten czas sie skonczy to sie do tego zdystansuje, nadam temu ksztalt i w koncu to z siebie wyrzuce, ale zaczelo mi gdzies uciekac chyba po tym jak moj laptop skampal sie w sniegu (!?) i stracilam zapiski z facebookowych czatow z Mattem, maili z Jamesem i w miedzyczasie Naumyslnie skasowanych esow od Miska…az musialam uciekac do Maroko!

Zeszly rok sam sie wymazal, mozna to tak ujac. Tymczasem nadal czuje, ze chce niektore z tych chwil utrzymac w cybernetycznej pamieci zanim mi je starczy altzhimer zabierze:) Mam nadzieje, ze z czasem, blizszym niz dalszym rozwine poprzedni prolog i po powyzszych wyjasnieniach (…typu winny sie tlumaczy…) w koncu odkopie ten rok caly i wyrzuce z siebie te wzloty i upadki prosto na bloga.
Oby!

XOXO  

Let It Be…

Sweet Begining

Pamietam jak powiedzial, ze Ta Wlasciwa Kobiete on pozna po gracji z jaka sie porusza…
Odkad pamietam zawsze mi to powtarzal. Ja sluchalam, ale ignorowalam, bo mialam Miska i zadne obce, meskie i slodkie slowka do mnie nie trafialy…do czasu.
Odkad pamietam, znalam go od zawsze, od momentu kiedy przyjechal razem z przyjacielem i razem zladowali w recepcji, on totalnie zagubiony, z chlopieca buzia,  jeszcze za mlody by ocenic jak bardzo przystojny. Pamietam jego zmeczenie na twarzy jak praca zagonila go w kat i kiedy musial zasuwac jak jeszcze nigdy w zyciu, z dnia na dzien bardziej pewny siebie, ale od samego poczatku zawsze usmiechniety i ze slodkim slowkiem do kazdej z dziewczat.
Z tym poczuciem humoru, pelna otwartoscia na zycie, razem z jemu podobnym kumplem, szybko wkrecil sie w jedna z naszych imprezowych paczek i szalal gdzie sie dalo:) Od czasu do czasu krazyly po hotelu tego imprezowania efekty, plotki z co najciekawszych wyczynow chlopakow z Poludniowej Afryki…
.

Hotel w Basniowej Krainie czyli plotki z notatnika recepcjonistki


Pani Smith zadzwonila tlumaczac mi ze jej mama Pani Fish ma zarezerwowane dwa pokoje jeden dla siebie i drugi Pani Smith z mezem, spytala czy jest mozliwe by podpisac ktory pokoj jest mamy, a ktory ich, no wiec sprawdzam rezerwacje i widze dwa pokoje jeden z widokiem na jezioro (2 osoby i 2 pieski), drugi z widokiem na…tyl hotelu (2 osoby i 1 piesek), wiec pytam ja ktory pokoj ma byc na jej nazwisko, na co ona ze z widokiem na jezioro (..nooo takk).

Nic nie mowiac przegladam rezerwacje i pytam ja kto zrobil rezerwacje, na co ona ze jej mama Pani Fish. Pomyslalam ‚Tu ciee mam corko marnotrawna!’ i pytam kto bedzie w pokoju z dwoma pieskami, na co ona ze jej mama przyjezdza z dwoma pupilami.. W myslach juz ubilam Pania Smith za jej wredne manipulacje i probe ‚wykopania’ wlasnej matki z pokoju z widokiem i mowie ze stoickim spokojem, ze rezerwacja zostala zrobiona przez Pania Fish i niestety nie moge zmienic nazwiska na pokojach. (…dziekuje bardzo wyp……) Pani Smith zmartwila sie lekko ale powiedziala, ze nie szkodzi, ze ona tak tylko chciala zapytac…….


Czego to ludzie nie zrobia, nawet wlasnej matce, ktora na dodatek placi caly rachunek.

Witam w Hotelu w Basniowej Krainie:)

TIME HAS COME TODAY!

Grudzien 2006 / Styczen 2007

6.00 rano wsiadamy z G. w autobus, zwalamy sie na ostatnie wolne siedzenia na gornym decku, mijamy Hide Park, skrecamy zaraz na poczatku Oxford Street, zamykam oczy, spac mi sie chce nieziemsko, na zewnatrz zzzimno, w autobusie cieplutko, wciskam nos w szalik i czuje sie jak w lozeczku mmmm, stoimy w korku na wyskokoci Kensington Street. Przysypiam, mam wrazenie ze pedze po Regent Street o wokolo blyskaja swiateczne ozdoby, ludzie obladowani torbami z prezentami, autobusy trabia, a taksowki zawracaja o 180 stopni na ich jedno skiniecie reka…szarpniecie, otwieram jedno oko – zakrecamy wokolo Buckingham Palace, ziewam jak niedzwiedz, rozgladam sie wokolo czy nie zobacze jakiegos podejrzanego terrorysty. Po atakach sprzed paru lat siedzi mi to caly czas w glowie, ilekroc wsiadam do autobusu czy metra, kto wie czy znowu jakims nie odbije zeby zburzyc poranne londynskie rush hours? Autobus zakrecil ponowinie i zawinal na Victorie, leniwie i w pol snie ssuwalam sie po kreconych schodkach autobusu, wysiadlam i uderzyla we mnie fala zimnego i wilgotnego powietrza zmieszanego z zapachem smazonego bekonu i kawy, KAWY! Niestety nie bylo na to czasu, razem z G. zwinnie manewrowalysmy pomiedzy porannymi tlumami londynczykow, tych wylewajacych sie z podziemi metra, tych wlewajacych sie do niego, tych plynacych jak fala przez przejscia dla pieszych, tych odplywajacych falami wraz z kolejnych autobusem, tych biegnacych z kawami i komorkami i znikacjacych w hali stacji kolejowej.
Schody, Tunel, zakret, schody, tunel, schody, ulica, przystanek autobusowy1, tlum1, przystanek autobusowy2, tlum2, ulica, drzwi, dzwonek drrrrrrrrrr
Bzzzyt. Otwarte drzwi, schody, drzwi i juz jestesmy w agencji, jak co tydzien w poniedzialek, po najswiezsze zlecenia, najlepiej przed 7 rano, zeby zalapac sie na te w najlepszych miejscach, kto pierwszy ten lepszy:) Szybkim GoodMorning zameldowalysmy sie u Garrego (szef) i ulokowalysmy sie wygodnie w pokoju obok, w oczekiwaniu az Garry wykona pare telefonow, odbierze pare innych i przyniesie nam zlecenie. Zsunelam sie na fotelu, podlozylam pod glowe szalik i zamknelam oczy, kawy moze jeszcze nie wypilam ale za to sie zdrzemne, zanim znowu rusze przez miasto w nieznanym kierunku.

Pierwszy raz w agencji, ponad pare tygoni temu, zlecial blyskawicznie. Weszlysmy rano, Garry po chwili mial juz dla nas zlecenia, cieszylysmy sie z G. jak dzieciaki, usadzil nas przy stole obrad wyciagnal papiery na zlecenie, my wlaczylysmy dlugopisy a on mowi: – Mam dla was zlecenie, piatek, sobota, niedziela i poniedzialek, prawdopodobnie wtorek… – wpatrujac sie w swoje dokumenty – …na Wembley Arena, piatek koncert Georgea Michaela, sobota George, niedziela George, poniedzialek Morrisey, wtorek chyba znowu George… – Gary juz nie dokonczyl bo obie z G. juz piszczalysmy jak psiaki, glodne pod wplywem pachnacej wizji Pedigre Pal:PPPP
Pamietam to jak dzisiaj, pierwszy tydzien w Londynie przespalysmy, a od drugiego plynelysmy na fali pracy dla agencji i zajebistych zlecen: obslugi koncertow i gwiazd, krolewskich przyjec i waznych osobistosci pelnych Sir-ow i Lady-sow:)gdzie obowiazkowa byla umiejetnosc silver service (nakladania wszystkiego na talerze jedna reka zaopatrzeona w srebrna lyzka i widelec) a obsluga polegala na serwisie synchronicznym (dluuuuugi stol, 100 osob i ….100 kelnerow:D ktorzy na jedno skiniecie prowadzacego, rowniutko i jednoczesnie klada przed goscmi talerze z jedzeniem:D) kupa zabawy:))) , bogatych firm w szklanych wiezowcach Canary Warf gdzie po zakonczonym cateringu zostawalo tyle kawioru, ze jadlysmy go z G. rano na sniadanie:) Pamietam jak zmeczona jak pies po 8 godzinach przygotowan i obslugi w jednym z bankow, gdzie mialam tylko chwile czasu na banana i kawe, weszlam do kuchni i uslyszalam od menagera ‚El, honey, Are you hungry? Help yourself darling’ (El, kochanie jestes glodna? Bierz co chcesz slonce) i pokazal reka na cale stoly przezajebistego jedzenia:) Uwielbiam owoce morza i jak zobaczylam czerwonego surowego swiezutkiego lososia, umoczylam go w wasabi i soya sos, wlozylam do buzi i po prostu odpynelo ze mnie zmeczenie:) po chwili szef opowiada mi ze to najleszy i najdrozszy surowy losos i ze ten malutki kawaleczek to ok 10 funtow (!?!?!)hehe, na co ja spojrzalam na tace pelna tego cuda, wzielam jeden, wlozylam do buzi, przelknelam i mowie „10″, wzielam drugi i przelknelam „20″ heheh i tak chyba policzylam do 200 co najmniej:DDDDD mmmmmmmmmmten smak nadal czuje w moich ustach:PPPPPPPPP
Sylwka przepracowalysmy na koncercie Kylie Minogue, nalewalysmy piwo i serwowalysmy hamburgery, a o polnocy po pracy skakalysmy pare metrow od Kylie i z cala hala w nieboglosy spiewalysmy ‚Ceeeeeelebraiting it Tonight!!!!!!!!!!!!!!’ Totalny kosmos:))))

Ale byly tez ciezkie momenty, ktore wyplywaly na fali zmeczenia i flustracji. Po tym ja wyprowadzilysmy sie ze schroniska na nasz ‚super apartament’ z ‚super landlordami’(wlascicielami domu) Teoretycznie wstawalysmy o 5 rano zeby dojechac na zlecenie albo zjawic sie na czas w agencji i wracalysmy dobrze po polnocy, po to zeby rano znowu wstac, jezeli chcialysmy dalej zarabiac pieniadze.
Niestety pieniadze w Londynie rozplywaja sie jak woda i wlasciwie jak woda sa przezroczyste. Pojawiaja sie i nie ma ich juz zanim w ogole znikna…:O
Co tydzien ‚mieszkanie, transport, jedzenie’ i znowu ‚mieszkanie, transport, jedzenie’, podczas gdy jedzenie jeszcze jest w miare tanie to londynski transport prawie rownal sie wydatkowi na tygodniowy czynsz;/ Kiedy o przyjemnosciach rzadko sie mowilo, o oszczednosciach w ogole nie bylo mowy. Po dwoch miesiacach poczulam, ze stoje w miejscu…Londyn znalam juz z czasu kiedy mieszkalam tu pare lat temu, miejsca nie byly juz takie nowe i fascynujace, kluby te same choc troche inne, imprezy wprawdzie zajebiste i ludzie niesamowici ale
TO JUZ NIE BYLO TO!

Po dwoch miesiacach, zlecenia w agencji zaczely sie powtarzac, ‚super miejsca’ nie robily juz na mnie wrazenia, kawior mi zbrzydl, brakowalo mi snu i z 12 parami butow, minimalnym stanem oszczednosci na koncie zdalam sobie sprawe, ze w ten sposob do niczego nie dojde, ze Londyn to tylko moje ‚tu i teraz’ i
CZAS NA ZMIANE.
Time has come today.

Czare przelaly spiecia z G., mieszkanie razem bylo cool, ale na dluzsza mete kazda z nas miala mieszkac osobno, tymczasem dzielilysmy lokum i nic w tym temacie sie nie zmienialo, bo przeciez kasy za duzo nie ma i na zmiane lokum nie warto sie wpisywac, poza tym bylysmy tak zajete, ze nie bylo czasu kiedy sie tym zajac. Dni plynely, flustracje i drobne starcia odkladaly sie jak kurz na gornej polce…
W koncu jedna klotnia spowodowala jeden telefon, telefon do Agi, w ramach wyzalenia sie i w depresji wywolala u mnie odruchowe pytanie „Czy jest jakas wolna pozycja u niej w Hotelu w naszej starej kochanej Krainie Wladcy Pierscieni?” (miejsce w ktorym pracowalam prawie dwa lata temu, Aga z Nikiem nadal tam pracuja).

Aga oddzwonila na drugi dzien, wlasnie kiedy nawalona z G. zaciagalam sie dymem z ‚substacja zakazana’;) (po paru latach kiedy to tez w londynie spalilam sie raz i przepilam i przyrzeklam sobie ze NIGDYWIECEJ!:PPPPP) eh, stare pokusy;)
Agu powiedzila, ze w Hotelu nie ma tej pozycji co kiedys pracowalam (bar, restauracja) ale …, ze tu mam usiasc zanim mi to powie.. (no wiec siadlam, zawiana, na krawezniku przed rozimprezowanym domem, z ktorego wyszlam zeby troche wytrzezwiec i uslyszec co aga do mnie mowi), odchrzaknela i mowi ze powiedziala w Hotelu o mnie i oni na to ze jest pozycja… w RECEPCJI i oni sa mna zainteresowani!…….
WYTRZEZWIALAM!
stalam na rownych nogach i pytalam KIEDY-JAK-iZAILE Aga ze natychmiast, mailem CV i ze za wiecej niz wtedy.
Po chwili poczulam, ze wychodze z kaluzy i wchodze do wlasciwej rzeki.

Tydzien po tym wyjechalam z Londynu, bez zalu, poza tym, ze zostawialam G., ktora i tak chciala tam zostac za wszelka cene, i ktora miala do mnie zal jakis…. ze tak nagle, ze bez niej postawilam kolejny krok na przod w moim zyciu… rzekomo nie zwazajac na nia, ze niby ja na lodzie zostawiam, o czym bym w zyciu nie pomyslala, biorac pod uwage, ze upewnilam sie ze G. moze mieszkac bez jakichkolwiek oplat w naszym lokum przez kolejne dwa tygonie dopoki nie znajdzie sobie czegos mniejszego tylko dla siebie i ze ma prace (agencja wysylala ja ciagle w to samo miejsce co oznaczalo, ze sie w tym miejscu przyjela i ze z duzym prawdopodobienstwem, beda ja tam chcieli na stale)

***

Patrzac na to wszystko dzisiaj, gdybym wtedy na poczatku roku nie podjela tej decyzji, G. nigdy by sie nie przeprowadzila i nie poznala swojego Faceta:) hehe tak tak ma swojego ukofanego mena Argo:)))
no A JA?
no Ja,
JA NIE POZNALABY SWOJEGO FACETA rownie UKOFANEGO:PPPP
hehehe
tak
tak
EL ZNALAZLA SOBIE SWOJA POLOWKE:) A RACZEJ TA POLOWKA JA ZNALAZLA I WYGLADA NA TO ZE TO CHYBA TA POLOWKA;PPP
W moim starym Hotelu, w Krainie Wladcy Pierscieni;) czekal na mnie moj Peter:) z ktorym to mam teraz romantycznie przeboje i erotyczne uniesienia, z ktorym plyne sobie na fali stanu zakochania i z ktorym jest mi tak ja byc powinno.

Praca jest super, wyzwanie nieziemskie, chociaz wydaje sie ze to Tylko RECEPCJA, ale ludzie za cholere nie maja pojecia, jakich umiejetnosci, magii i zaglerki potrzeba w tej robocie, biarac pod uwage ze Hotel jest tak duzy i popularny a goscie nietuzinkowi, jak tylko mi palce ochlona musze koniecznie opisac jakie tu sie dzieja Jaja-jak-Berety:DDD

Tymczasem, moj Peter wlasnie wrocil, po szyi i twarzy mnie wymizial, wycalowal i polecial pod prysznic. Jutro razem mamy off-a i jedziemy gdzies nasza Kraine pozwiedzac.
wiec GoodNight.
do Petera tematu jeszcze wrocimy;P
a jest do CZEGO wracac:P

Begin the Begin

Grudzien 2006

Budzik zadzwonil w komorce, bezdzwiecznie bzyczal coraz intensywniej, odpielam spiwor i siegnalam reka gdzies miedzy ramieniem a poduszka, nadusilam „stop”. W pokoju panowal mrok, zaklocany co chwila przez swietlne refleksy od ulicy, przebijajace sie przez cienkie zaslony. Samochody przejezdzaly, warczaly, hamowaly, a stare, ledwo domkniete okna nie powstrzymywaly odglosow ulicy. Rozpielam spiwor do konca i wygrzebalam sie z niego, siegnelam w nogi lozka i zlapalam kostke przygotowanych wczesniej wieczorem rzeczy, w ciemnosciach, na wpol lezaco-siedzaco zaczelam sciagac pizame i nakladac kolejne warstwy ubrania. Kiedy w koncu udalo mi sie po niecnych akrobacjach naciagnac spodnie, odwrocilam sie na lozku i po cichu zsunelam sie po drabince pietrowego lozka.
G. spala na dole i budzila sie 15 minut po mnie, zebym ja mogla sie pogrzebac w lazience. Rozejrzalam sie po ciemnym pokoju, podeszlam do lozka i wygrzebalam ze spiwora kluczyk do szafki, jak najciszej otworzylam zamek i wyjelam kosmetyki, zamknelam ja rownie bezszelestnie i na chwile zamarlam wsluchujac sie w pozorna cisze pokoju – wraz z odgosami ulicy w pokoju rozbrzmiewalo 11 obcych oddechow przerywanych jednym pochrapywaniem i kilkoma posapywaniami. Odetchnelam z ulga – udalo mi sie dorwac do lazienki zanim ruszy do niej cale to towarzystwo.
Schronisko na Bayswater jeszcze spalo, ale Londyn juz dawno obudzil sie ze snu, a ja razem z nim. Za pol godziny musimy z G. znalezc sie na przystanku, a za kolejne pol w agencji, do pracy. Big Ben odliczal czas. :)

As I know It…

Czy wiesz, że Jubilee line w pewnym miejscu zjeżdża tak bardzo głęboko, że aż trzeba ostro przełykać, żeby wyrównać ciśnienie? Czy wiesz, że stacja Totenham jest jak kolorowa łazienka, jak mozaikowy zamek? Czy wiesz, że na stacji Piccadilly Circus mieszka mała czarna myszka, która kiedyś zapewne była biała i uwielbia gdy pasażerowie Bakerloo line, czekając w wyjątkowo gorącym tunelu, rzucają jej frytki? Czy wiesz, że jadąc na Baker Street w metrze zawsze przygasa światło? Czy wiesz, że w zależności od koloru linii metra pomalowane są uchwyty wewnątrz wagoników? Czy wiesz, że stacja Westminster jest jak akwarium, wysiadając z metra przechodzisz jednocześnie przez drzwi w szklanej ścianie? Czy wiesz, że najtańsze cappucino jest na wynos z Benjis? Czy wiesz, że najlepsze bułki z serem sprzedają w Tesco-Metro na Oxford Street? Czy wiesz, że zachody słońca najlepiej ‚smakują’ razem z kawą popijaną przy London Aquarium, tuż nad brzegiem Tamizy przy murku, z widokiem na Big Bena?…
…ja wiem:)

Wkrótce dowiem się więcej. :)

Mini Me :PPP

Widziałam dziś swojego sobowtóra.
W moim ulubionym środku transportu – publicznym, siedząc naprzeciwko chłopca który wciąż kopał mnie po nogach, z muzyczka z empe3 oddawałam się bezcelowej głębi dennych rozmyślań, kiedy zapatrzona w okno zobaczyłam w nim odbicie… Siebie-Nie-Siebie! Od razu odwróciłam się we właściwą stronę chcąc natychmiast na własne oczy ujrzeć ‚oryginał’, który na mojej twarzy wywołał minę ‚Danio 0,59 gr’:))
Ale cholerny tłum zasłaniał mi wszystko, pozostawało mi tylko odbicie, nie mogłam uwierzyć, laska którą widziałam w szybie wyglądała jak ja kiedy byłam młodsza;) w tym samym momencie zrozumiałam, że nie tylko wygląda jak ja ale dokładnie tak samo jak moja mama wieki temu:PPP
Szlag mnie trafiał do następnego przystanku, a odbicie w szybie przedłużało prawdopodobieństwo mojej potencjalnej paranoi, kiedy wytoczył się zbędny tłum i w końcu ujrzałam MiniMe:DDD
Głupia oczu oderwać nie mogłam i zapewne wyszłam na jakąś pobudzoną lesbijkę, ale kto by się przejmował kiedy 3 metry od niego stoi jego żywa kopia!!!!!!!!?!?!? Dziewczyna była młodsza, miała takie same ciemne włosy jak ja kiedyś, te same usta, nos i cały kształt twarzy! kurna!!!!patrzyłam na nią jak na siebie w lustrze:DDDD Irracjonalne uczucie, rozglądam się dookoła i mam ochotę wykrzyczeć ‚ludzie patrzcie czy ona nie wyglada jak ja?!?!?!’
Obok niej stał jej chłopak i ostatecznie i jego spojrzenie wylądowało na mnie, prędko odwróciłam się do okna, ale po chwili nie wytrzymałam i spojrzałam na niego i …roześmiałam się:DDD
…miał minę jak ‚Danio Kubek rodzinny za 2,99 gr’:DDDDDDDDDDDDD
NIE ZWARIOWAŁAM!!!hiphiphurrra!!!!!!!

Wysiadłam zadowolona – fajnie jest mieć swojego sobowtóra i to młodszego:PPP….konkurencję ustanowi najdalej za parę dobrych latek…tymczasem monopol w ‚biznesie’:PPPPP ;)

W LEWO…NA PRAWO JAZDY…PANI MAGISTER;DDD

No i dopadło mnie…przeznaczenie;)))
Najpierw musze pogratulować sama sobie za tak sprawne przejście do uzyskania trzech literek przed nazwiskiem:)
Tytuł magistra, hmm fajnie brzmi, ale praktycznie po co to komu i na co?…w tej sytuacji czas pomyśleć chyba nad dr :PPP podobno robi większe wrażenie:P
No ale tego mgra uzyskałam niebanalnym wysiłkiem – wybrałam sobie temat z najwyższej półki, zamknęłam się w 200stu stronach, 140 zdjęciach własnych, ostatecznie piątce na dyplomie i wyróżnieniu:) I tak poza starganymi nerwami, styramymi oczami, przegrzanym komputerem, zepsutą drukarką i ostateczną depresją (co można zauwazyć po moim ostatnim najżałośniejszym wpisie…gdzie zjechałam po trochu i moją bogu winną przyjaciółkę…ale podobno prawdziwa żółć wychodzi kiedy gdzie indziej boli…) >>> ogólnie chyba warto było:)))
przede wszystkim dlatego…że jest już po wszystkim.
Rodzinka wniebowzięta, a ja…
w transie zastanawiając się, co tak na prawdę zrobić z resztą życia, czyli jak sportowiec przed linią startu, tyle że ja z chęcią położyłabym się na bieżni i q…wa nie wstawała!…

Na jesień wracam do England (Dreamland Mój:)))[masz rację JusTQL - tam jest mi najlepiej, to po prostu moja kofeina:)]
Przynajmniej ten fakt jest pewny, ale szczegóły wciąż po ciemnej stronie księżyca…i zależeć chyba będą… od ustawienia planet:DDD a konkretnie moich friendsów.

G., moja szalooona, w czerwcu zagrzała w Menchesterze, z dwiema kumpelami. Zostaje do września, potem musi biedactwo wrócić i …napisać prace mgr i równie szybko ją obronić:))) jak ona to zrobi, to wielka niewiadoma, ale że już nie takie rzeczy robiła, a znając ją coś wykombinuje i bedzie różowo:)))
Jeżeli szybko się zakręci to razem ruszamy do Dreamlandu, jeżeli się nie wyrobi, ja wracam na Stare Angielskie Śmieci, czyli tam gdzie ostatnio – Lake District, do Agu i Nikea. Potem będe dalej kombinować, bo nie uśmiecha mi się utkwić tam na zimę, na Tym Ślicznym Zadupiu, tym samym co rok temu…nie nawidze dwa razy wracać w to samo miejsce, yyyyyhhhhh jak odgrzewanie starej zupy…
I need new city, new love, i w ogóle wszystkiego NEW!!!
…jak na razie nawet plany wyglądają jak ta stara zupa…

No ale CARPE DIEM!
Mamy śliczne lato, w naszej cudnej polskiej krainie:)
Wiatraczek-wentylatorek w moim lokum nadal działa, czyli jaki by ten upał nie był – przeżyjemy:PPP…a przynajmniej JA:PPP
No ale żeby nie było, że Pani Magister założyła tak całkiem nogi do góry i się wietrzy….:DDD
>>>>POSTANOWIŁA ZROBIĆ PRAWO JAZDY



na tę informację wszyscy kierowcy oniemieli z przerażenia i z piskiem opon uciekają gdzie pieprz rośnie, albo gdzie El-Nie-Ma, czyli z dala od City, bądź wykupują pełne ubezpieczenie, świadomi ryzyka, które potencjalnie, gdzieś we wrześniu zmieni się w Stan Wojenny Na Drogach.
OGÓLNIE JEST WESOŁO:)))))))))))
i tu pogwizduje sobie łobuzersko;*****************
heheh
Od tygodnia zagłębiam się w teoretyczne tajniki Praw Dżungli Drogowej i czuje się jak… małpa na biegunie:/
Czyli „Co ja tutaj robię” i „Stary, a gdzie jest moja bryka?!”
…połączenie totalnego absurdu okraszonego panicznym śmiechem!

Najfajniej oczywiście robi się testy, punkcik za punkcikiem gdzie podejście typowo studenckie, czyli „byle zdać” nagle wydaje się tu „bezprawiem”:), przykład:
Temat – Pierwszeństwo przejazdu
Wynik – 48 pytań poprawnie na 60
Wykładowca na to: „bardzo dobrze!”

Ja na to…no ale co z tego, że AŻ 48?! jeżeli 12 razy spowodowałam potencjalne zagrożenie na drodze, z czego połowę zapewne ze skutkiem śmiertelnym!!!
;(((
i oni chca mnie wypuścić już w sierpniu na drogę?!?!

wiem, wiem jestem dla siebie ‚zbyt surowa’
no ale chyba o to chodzi?!no nie?! co mam ludzi umyślnie pozabijać?!

Tragikomedia:)

…niedotlenienie?

Zaczynam sie dusic…może to z powodu dosłownego niedotlenienia, moze z poczucia samotnosci. Niedotlenienie jest oczywiste – dzien w dzien spedzam przy kompie – poczulam na karku bliski oddech terminu oddania pracy (jezu G. jak ty chcesz to pozniej napisac – ja juz teraz siedze i ciagle w tym dlubie i mam wrazenie ze czasu mi zabraknie…), co do samotności, to teraz juz totalnie nie mam z kim ‚tancowac’…:/
W koncu spotkalam sie z Malina. Omal nie udusilam sie jeszcze bardziej…to juz nie chodzi o to, że ona została matką itp, ale o to że …ona dusi się bardziej niż ja, a ja mam dość podtrzymywania jej na duchu! Bo to kurwa ja raz potrzebuje optymistycznego wsparcia!!! To ja jestem tą „Bez Planu”…Ona przynajmniej ma swoje małżeństwo, ma penisa na którym może się bujać, ma pracę do której może wrócić no i kurwa ma jeszcze dziecko, które o ironio wktótce też stanie się dużym facetem i ona kurwa bedzie miała DWÓCH FACETÓW, a ja nadal jestem ‚bez planu’ i bez faceta, chociażby kawałka faceta…!!!kurwa!

No i Anglia.
Mój Dreamland, jak bardzo bliski i jak bardzo daleki.
Chciałabym już tam być, duszą wciąż tam jestem, ale to za mało, ja musze się tam znaleźć i to szybko! Nabrać perspektyw, znaleźć swój ‚Plan’.
Czas robi sobie ze mnie jaja, raz zapierdala na łeb na szyję, by za chwilę ciągnąć się jak guuuma. Raz czuję, że coś mi ucieka, by za chwilę zdać sobie sprawy, że nie mam nawet za czym gonić…

I`m so damn scared.

Makudonarudo Mamy Cię! czyli NIC CIEKAWEGO tylko ZAPISKI WŁASNE…

ŻEBYM NA STAROŚĆ O TYM PAMIĘTAŁA:)))

CZWARTEK
Rozmawiałam z Agą na GG, o pierdołkach, a hotelu, o kolejnych romansach i rozstaniach wśród naszych wspólnych znajomych. Ah, tęskni mi się troszeczkę za tym english hotelem (moje ostatnie wakacyjne miejsce pracy), ale bardziej za Agu, która już od ponad roku jest z Nikem i osiada w england na stałe.
Siedziałyśmy na netcie już z dobrą godzinkę.
- Gdzie ci się udało na tak długo do netu podłączyć? – napisałam.
- W barze dziś nie dało rady, więc się w Beach roomie (sala funkcyjna) w kącie z l-pem się ukryłam i sobie klepie:) – przeczytałam i pomyślałam, że nieźle to sobie wykombinowała. Sprytna dziewczynka:)
- Co jutro wieczorkiem porabiasz? – napisała – …bo ja jutro też będę na GG – dopisała dalej.
Pomyślałam, cholercia, a mnie wieczorkiem przed kompem nie będzie. Miałam dzień zawalony, a wieczór już ustawiony.
- :((( chyba nic z tego, o 16tej mam japoński, a o 19tej widze się z Maliną na mieście.
- A gdzie się wybieracie – spytała.
- do chińskiej – odpisałam i zasmuciłam się jescze bardziej, bo ona tam na tym ślicznym zadupiu angielskim a`la lord of the ring siedzi, beze mnie. Evi, która od ponad miesiąca już tam jest, po tym ja ze swoim facetem do pracy tam przyjechała, dzięki Adze praktycznie, z Agą wcale się na babskie wypady nie kwapi wychodzić, tylko ze swoim facetem 24h na dobę się seksi!!!A Adze przykro, że nawet w jej imieniny nie wpadła do niej na drinka, jak obiecała. Ah…:(kicha jak nic, a ja tu teraz o wypadach psiapsiółkowych do chińskiej jej mówie…a ona tam biedactwo nie ma żadnych babskich wypadów.
- Ja kce isc Z TOBĄ na chinskieeeeeeeee – wybeczałam.
- Jeszcze nie raz pojdziemy razem na chinskie – odpowiedziała.
Pomyślałam, że koniecznie będziemy musiały się gdzieś tak wybrać, jak tylko przyjadę do england. – OK..ale wtedy idziemy na JAPOŃSKIE! – sprostowałam. – no problemo – o dziwo się zgodziła, chociaż na pewno wolałaby kebaba:)
Tak sobie rozmyślałam, gdy po chwili odpisała.
Aguś (26-01-2006 23:45)
- teraz sluchaj
El (26-01-2006 23:45)
- …(oj, zabrzmialo powaznie!)…no słucham
Aguś (26-01-2006 23:46)
- jutro jak bedziesz z Malina na miescie to
to przyslijcie mi pozdrowienia i gzdie sie obrzeracie ok
El (26-01-2006 23:46)
- ok, a co wpadniesz?:)
Aguś (26-01-2006 23:47)
- tak, duchem:)
El (26-01-2006 23:48)
- :DDD
Poplotkowałyśmy jeszcze chwilkę, a na koniec Agu przypomniała mi o jutrzejszym esie.
Aguś (26-01-2006 23:58)
- czekam jutro na smska od was
El (26-01-2006 23:58)
- OKI

PIĄTEK
Dzień, jak każdy piątek, w pośpiechu od południa, parę spraw do załatwienia, wykładowcę-leniwca znaleźć musiałam, który przed studentami po wpisy skutecznie się ukrył:) ale nie ze mną te numery! Doktorka wynalazłam w belfrowskiej kanciapie, tyż pod Zakładem Pewnych Ścisłych Nauk:) biedaczek już od rana miał chyba ciężki dzień, bo pachniał z lekka Wyborową jak nie Żubrówką:)
- Szukam pana doktora od pół godziny, podobnie jak piętnastu innych studentów. – pożaliłam się z uśmiechem.
- Ah, wie pani, czas na przerwę na kawkę mnie też się należy – odpowiedział i zaśmiał się pod nosem, a ja razem z nim:))). Co do rodziaju trunku, oboje byliśmy zgodni, hehe, facet nigdy nie wykładał „kawy” na ławę, ale każdy swoje wiedział, a najlepsze, że on wiedział o tym, że wszyscy wiedzą:))) Co za układ. Gość i tak jest najlepszym wykładowcą na uczelni i chyba jak nikt inny, w każdym „stanie” zachowuje bystrość umysłu:)
- Tylko parę wpisików i pan doktor może wrócić na kawkę:))) – podpowiedziałam na pocieszenie. – Tylko parę? O to świetnie, bo rano, wie pani, to tu był najazd szwedzki – aż się biedak skrzywił na samo wspomnienie. – Musiałem potem szybko się schować, bo już na te same piątki, które wpisywałem, nie mogłem patrzyć – wypalił z uśmiechem.
No, nie ma to jak dzień rozpoczęty od miłej informacji i uśmiechniętej piąteczki w indeksie. Doktorek ocenkę wpisał i raz jeszcze mnie zaskoczył – No to chyba już pani ostatnia piątka? – Odwróciłam się do niego zdziwiona – czy pan doktor wróży mi może jakieś załamanie umysłowe – zdobyłam się na żart. – Bynajmniej! – Gwałtownie zaprzeczył – tylko, że już chyba przyjemności razem mieć nie będziemy – odparł, aż za bardzo dwuznacznie i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, podobnie jak paru studentów, którzy z zainteresowaniem szybko wyciągali uszy.
Roześmiałam się otwarcie, gość ma niesamowite poczucie humoru i czasami rubasznie sobie żartować potrafi, czasami wychodzą z tego niezłe „jaja w beretach” (…jakby to Doda powiedziała:). Doktorek nacieszył się chwilą i moim uśmiechem i zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, zaspokoił ciekawoć tuzina studentów z długimi uszami.
- Będzie nam pani brakować, pani praca magisterska na pewno będzie kolejnym sukcesem.
- Dziękuję panie doktorze – nic dodać nic ująć. Wtedy poczułam, że wszystko zaczyna się zbliżać do końca. Jescze tylko parę miesięcy, potem obrona i ten rozdział w moim życiu się skończy! Czas studiów, tak długo rozwlekany, dziekanki, wyjazdy, ciągłe powroty, czas tak intensywny, w rozjazdach, ciągle ludzie, ci sami, nowi, zawsze wyjątkowi, nowe zadania, kolejne wyzwania…to już prawie koniec:(
…pytanie co będzie dalej?
co będzie?

W nastroju zbyt refleksyjnym opuściłam uczelnie. Pognałam do szewca, zostawić moje buciki, które na pewne wyjście koniecznie musiałam odnowić. Potem do redakcji, sibko, sibko! Parę telefonów przy gorącej kawce, w przytulnie ciepłej kafejce. Potem do domciu coś przekąsić, żeby za godzinę wrócić na uczelnię, tym razem na japoński:)
W domu zjadłam, popiłam i jak zwykle spóźniona wychodziłam, zadzwonił telefon, mama odebrała, a tam…Aga dzwoni (w piątek?!?!? ona dzwoni tylko w weekendy, bo wtedy najtaniej, poza tym wczoraj na gg gadałyśmy). Myślałam, że coś się stało! Ja jedną nogą za progiem, a mama telefonu nie chce mi oddać, toś tam potakuje i się śmieje, po chwili mówi, że wszystko jest ok i dalej się śmieje (!?), Aga karze przekazać. że wieczorem zadzwoni.
Hę!?!? Czas mi uciekał, nie miałam głowy, by ten rebus teraz roztrzygać. Później pomyślę. Okazało się, że niezbyt później, bo po 10 min. jak już byłam w drodze na japoński, mama mi na komórkę dzwoni i pyta gdzie mam te zajęcia?…?!…powiedziałam co i jak i już nie zdążyłam zapytać po co jej to, bo nagle coś tam jej się gotowało i musiała się rozłączyć! Chwilę po tym esemes mi od Maliny przyszedł, że się spóźni na nasze babskie spotkanie, więc już mi telefon od mamy z głowy wyparował, do Maliny zadzwoniłam. Totalny zamęt miałam w głowie jak w końcu na zajęcia wparowałam:)
Po dwóch godzinach wyszłam zakręcona po japońsku…po głowie skakało mi to śmieszne słówko po japońsku, zabawna historyjka:) Japonka przerabia z nami zdanka gramatyczne, a tam stoi jakaś nazwa miejsca, która brzmi „Macudonarudo”, Japonka to zdanie przeleciała jakby wszystko było jasne i oczywiste, tymczasem gramatycznie wszystko rzeczywiście było, ale nikt nie zrozumiał gdzie Jasio w końcu poszedł jeść…
…Japonka ze zdziwieniem, żeee noooo dooo „Macudonarudo”!
Wszyscy oczy wbili w nią w wyrazem niemego braku zrozumienia zagadkowego słowa, a Japonka na to „You know, McDonalds!”
?!?!?:)))))))))))))))))
Kooocham japoński!:D

Miałam godzinkę wolną, a nawet więcej, bo parę minut wcześniej skończyłam więc wskoczyłam w autobus i podjechałam do najbliższego Superstoru. W drodze dostałam esa od Agi! „Jak było na japońskim, co porabiasz, już w drodze na spotkanie z Maliną?”. Z nudów odpisałam, że jadę do Superstoru, trochę się pokręcę i jadę na spotkanie z Maliną. Nie minęło 20 min, dzwoni moja mama i pyta gdzie jestem (?!?!?) Wkurzyłam się! Właśnie walczyłam w przymierzalni, z jedną ręką w ślicznym brązowym golfie, trzymałam telefon, drugą próbowałam okiełznać moje rozelekryzowane włosy (chooooooolerrrrrna zima!!!), a moja mama bawi się w inwigilację!!! Pytam, o co jej chodzi? Bo ja tu sobie ciuszki przymierzam i zaraz lecę na spotkanie z Maliną, ona na to, żeby sobie jeszcze tam ciuszki pooglądała, bo ktoś mnie szuka!..?!??! :OOOooo
Włosy cały czas mi „stały”, ale ręce opadły. Już nie wiedziałam co myśleć, a może myślałam, ale nie wierzyłam w to co wymyśliłam:DDD
Wyszłam z przymierzalni i przestraszyłam jakiegoś chłopczyka, włosy wciąż mi stały jak ciągnięte niewidzialną siłą we wszystkie możliwe strony, stanęłam przy lustrze i zaczęłam ujarzmiać ten bałagan…odwróciłam się i …ZACZĘŁAM KRZYCZEĆ!!!
…:))))
…przede mną stała Aga z Nikem i zwijała się ze śmiechu!!!
To co działo się w tym sklepie przypominało scenki finałowe pt.”Mamy cię!” Krzyki, łzy radości i udawanego oburzenia:) Bo Dziobaki Sprytne dwa dni temu już do Polski przyleciały i ani słowem się nie zdradzili, że w ogóle się na hollydayje do Poland wybieraja!!! Nicponie małe:)))A ta dziewoja psiapsióła moja, dzień wcześniej na GG mnie zwodziła, że niby z hotelu rozmawia i jaka to ona zmęczona po całym dniu pracy:))) ojojojo! ładnie to tak:DDD
Babskie spotkanie zmieniło się w zjazd mieszany, międzynarodowy:) Wybraliśmy się do knajpki we czwórkę. Agu z Nikem, ja i Malina. Ale zamiast na chińskim, wylądowaliśmy na…kebabie oczywiście! hehe. A spotkanko było suuper! bo jak tu się nie cieszyć kiedy ja tu w polsce utknęlam i z nudów i tęsknoty za england i psiapsiółką umieram, a ona mi takiego surprisa robi:)))
JUUUUPPIIIIII!!!

Od tygodnia szalejemy po imprezach i po polandzie:)
Trzeba nadrobić stracony czas i dorobić parę wrażeń;)na zapas:)